sobota, 4 lutego 2012

. (kropka)

„To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść”, śpiewał kiedyś pewien lekarz z muzycznym zacięciem w piosence, której z lubością wysłuchiwało się na okoliczność zamknięcia knajpy, i właśnie tę wesolutką piosnkę przyszło nam tutaj zanucić, i pomachać ręką na dobranoc, na do widzenia. W pierwszych słowach ponad rok temu pisałem tutaj, że porzucę te niedochodowe zajęcie w momencie, gdy zmieni się ono w prezentację moich słusznych poglądów na wszystko, w jakiejkolwiek, choćby i zakamuflowanej formie.

I oto ten moment właśnie nadchodzi. Leszek Kołakowski powiedziałby… ech, mniejsza o to, co by on powiedział, wystarczy tego wszystkiego, zwyczajnie. Państwo mogą oczywiście wypowiedzieć się w komentarzach poniżej, jak bardzo jest Wam przykro (albo i nie). Mi na ten przykład w ogóle nie jest. Pisał przecież poeta:

(…) „To olbrzymie zwierzę, które wchodzi w takich
momentach rycząc: ZAMYKAMY!
KONIEC! KONIEC! być może jest podłe
i godne nienawiści, ale przecież kiedyś,
gdy będziemy zmęczeni zachodami - wschodami,
lewą i prawą ręką, kocham cię - nie kocham,
będziemy je przyzywać - i gdy wreszcie przyjdzie
- przyjmiemy je z wdzięcznością.”

(Marcin Świetlicki, Pora śmierci choinek)

Kropka na koniec jest wystarczająca.

sobota, 21 stycznia 2012

Goodbye, Kodak!

Leży przede mną na biurku czarny aparat fotograficzny marki Kodak, wyprodukowany w USA tradycyjny przewijany półautomat na klisze. Wczoraj, kiedy jego producent składał w sądzie amerykańskim formalny wniosek o ogłoszenie upadłości i ochronę przed wierzycielami, właśnie ten nasz stary aparat tym samym urósł do rangi mini-symbolu. Po pierwsze, to nie jest aparat cyfrowy, po drugie, nie jest wyprodukowany w Chinach, a po trzecie, wciąż działa. A jednak właśnie z tych względów ta zasłużona dla fotografii firma zbankrutowała. Nie była w stanie przejść ze świata analogowego do cyfrowego, robiła to zbyt powolnie i w topornym stylu, bardzo szybko tracąc rynek na rzecz Azjatów, którzy zaleli rynek tanimi „małpkami”, które, jakkolwiek w niektórych wersjach niebezpiecznie zbliżają się do jednorazówek, stały się powszechnie dostępne i zdecydowanie ułatwiają życie (czy komuś z czytających zdarzyło się nieopatrznie prześwietlić kliszę z jakimiś cennymi zdjęciami – i nie mam tu na myśli zwulgaryzowanych facebookowych fotek? – jeśli tak, wie, o co chodzi).

Mija właśnie 15 lat od czasu, kiedy akcje Eastman Kodak ustanowiły swe cenowe maksimum. Kto z Was zgadnie, ile to było, zważywszy, że dziś kosztują one 36 centów dolarowych? Było to ponad 80 dolarów. Mamy tutaj wyraźny przykład tego, że bezmyślne stosowanie strategii „kup i trzymaj” prowadzi do katastrofy. Firma renomowana, „za duża, aby upaść”, jak zdarzało się nam słyszeć jeszcze kilka lat temu w przypadku Lehmann Brothers i innych tego typu wynalazków, a jednak przegrała tak z konsumentami, jak i z rynkiem, i to przegrała z kretesem. Teraz można już pisać o Kodaku tylko żałobne elegie. Oczywiście zapewne dojdzie do jakiejś formy transfuzji krwi i sam Kodak może jeszcze ożyć w nowej formie, bowiem jego portfolio patentowe wyceniane jest na ponad miliard dolarów, z czego część Kodak chce szybko spieniężyć, ale to już będzie zupełnie inna historia. Póki co naszego Kodaka wstawiamy na półeczkę razem z innymi utensyliami, które wyszły z użytku i tworzą osobliwe muzeum techniki. Nie ma żadnego sensu go sprzedawać – na Allegro tego typu analogi chodzą po kilkanaście złotych i nie ma na nie ani jednego chętnego.

Swoją drogą to ciekawe, czy nie dysponujemy czymś w rodzaju prywatnego pocałunku śmierci w przypadku aparatów fotograficznych. O co chodzi? Już wyjaśniam. Mamy aparat Kodaka, która to firma bankrutuje, mamy aparaty w komórkach Nokii, która przeżywa nie lada kłopoty i pewnie niedługo zostanie wchłonięta przez jakąś inną firmę i wreszcie mamy aparat cyfrowy marki Olympus. Ta firma z kolei masowo fałszowała raporty finansowe i tylko cudem uniknęła wyrzucenia z giełdy, poświęcając prezesa, lecz zostawiając za sobą jednak smród i poczucie bezwstydnej żenady.

Czy to znak czasów, czy jedynie przypadkowa zbieżność faktów? Pozwolę sobie, dla własnego świętego spokoju, nie sprawdzać jednak, co będzie się działo, gdy kupię na przykład Nikona czy Canona. No, chyba że Olympus, znając moją złą sławę, zaoferuje mi pracę w dziale rozpracowującym produkty konkurencji…

sobota, 14 stycznia 2012

Francuska choroba

Od zawsze wiadomo było, że mężczyźni francuscy są co nieco zniewieściali (spróbujcie potrzymać w centrum Paryża damską torebkę swojej żonie dłużej niż pół minuty!), ale być może François Baroin, następca francuskiej wersji Angeli Merkel – Christine Lagarde, która poszła do Międzynarodowego Funduszu Walutowego i miała opinię twardego zawodnika, za mocno wziął sobie do serca pragnienie zharmonizowania żeńsko-męskich pierwiastków ministerialnych w rządzie i na swojej konferencji prasowej wyglądał na mocno zakłopotanego faktem obniżenia ratingu swojej ukochanej Francji, ledwo powstrzymując się od łkania do mikrofonu. Oto jego Francja, kraj, który dawno przestał być mocarstwem, lecz nadal próbuje taką rolę uparcie odgrywać, już nie jest bAAArdzo fajna, a co więcej, znajduje się ona w nieznośnym towarzystwie innego nie bAAArdzo fajnego kraju zza oceanu, którego nie lubi co najmniej od końca lat czterdziestych XX wieku. Czy aby nie byłyby to tylko krokodyle łzy?

Oczywiście nasz rodzimy Dr Zagłada, prof. Krzysztof Rybiński, będzie się martwił, że to spowoduje reakcję łańcuchową i będzie zaczynem dla euroarmageddonu, ale w gruncie rzeczy, co to nas wszystkich obchodzi? Takie Niemcy, to by była już zupełnie inna bajka, nieprawdaż? Naprawdę zmartwię się, kiedy w Reichu wprowadzą opłaty za autostrady i ograniczenia prędkości, bo to będzie widoczny znak tego, że coś w tym całym niemieckim modelu nie funkcjonuje prawidłowo. Albo wtedy, kiedy znacząco spadnie liczba sprzedanych karnetów sezonowych na Bundesligę, bo będzie to oznaczać, że ten i ów Hans czy inny Fatih zaczęli na poważnie oszczędzać. Czy też w końcu wtedy, kiedy w kablówce wyłączą mi całodobowy niemiecki kanał z jodłowaniem, bowiem wówczas uznam, że idea, która trzymała przy życiu pół Bawarii, zbankrutowała. Prawdziwy szok zaś przeżyję, kiedy w kłopoty wpadnie produkujący wyśmienite pszeniczne piwo Paulaner, a sam Oktoberfest zmieni się z piwnej orgii w festiwal białych kołnierzyków pijących mocno gazowane piwne produkcyjniaki. Tak, to będą znaki tego, że idzie nowe.

A sama Francja? Cóż – skoro kiedyś nie chciała ona umierać ani za Gdańsk, ani tym bardziej za Paryż, to może teraz w końcu zachce im się umierać chociażby za swój rating?

niedziela, 8 stycznia 2012

Ile pieniędzy musisz mieć, by zacząć inwestować na giełdzie?

Teoretycznie nie ma dolnych limitów. Możesz zacząć od 1000 PLN i przyjąwszy uprzednio system Wokulskiego („każdego dnia ryzykowałem wszystko” – to cytat z Lalki Prusa), możesz równie szybko stracić, jak i choćby podwoić swój majątek, ale będzie tak do pierwszej wpadki. Będzie to inwestowanie na dziko, niezgodne ze wszelkimi regułami, podczas którego nieraz zamarzysz o zdywersyfikowanym portfelu czy o spokojnej głowie podczas kilku z rzędu sesji. Kiedy wszystko stracisz (co bardziej prawdopodobne), będziesz mógł z czystym sumieniem powtórzyć nie za byle kim, bo za prezesem NBP, że giełda to kasyno.

W największym skrócie: jeżeli masz 1000 PLN do zainwestowania na giełdzie i oczekujesz wysokich zysków, lepiej udaj się do bukmachera i zagraj za wszystko jeden kupon – i zabawy będzie więcej, i ciśnienie ci podskoczy jednorazowo, a jeśli wszystko odbędzie się zgodnie z zasadą typowa dla pocisków lotniczych typu „fire & forget” (czyli wystrzel i zapomnij), ta przygoda nauczy cię więcej, aniżeli nurzanie się w giełdowym szlamie (pamiętacie: „wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi” Mickiewicza? Stepy Akermańskie?) i wyłapywanie co lepszych znalezisk, które tam można zawsze znaleźć. Tylko ci, którzy zdecydowani są ubrudzić się, brodzić w błocie po kolana, mają szansę coś wartościowego znaleźć na dnie.

Bo tak, póki co, wygląda obecnie sytuacja na giełdzie. Większość z Was słyszała o spółce Cormay i możliwym zysku na niej w ubiegłym roku (było to około 175%), ale ilu z Was miało tę akurat spółkę w portfelu? To zbytni truizm pisać, że trzeba cierpliwości i czasu, aby wyłowić okazję, ale od takich truizmów zaczyna się cała ta zabawa. Zakładam, że owego czasu nie masz, więc daruj sobie, proszę machanie mi przed nosem 1000 PLN. Dodaj proszę jedno zero, to wówczas możemy pomyśleć. Ale jeśli stać cię, żeby powiększyć tę kwotę o wartość inflacji i nie chcesz sobie tym wszystkim zawracać głowy, włóż to na lokatę na 8% na rok i po kłopocie. Bo rzeczywiście sednem sprawy w przypadku inwestowania jest czas. Trzeba go poświęcić na analizę i naukę, na dodatek odbywa się to w nieustannie zmieniających się warunkach mikro- i makroekonomicznych, gdzie w końcu nic nie jest dane raz na zawsze.

Mówisz: „mam pieniądze i nie wiem, co z nimi zrobić, gdzie zainwestować”. Powtórz to sobie głośno jeszcze raz. Czy rzeczywiście warto się tym zdaniem aż tak bardzo przejmować?

środa, 4 stycznia 2012

OFE: a fe!

Znowu widzę te wszystkie uśmiechnięte gęby (w ujęciu Gombrowicza) zarządzających Otwartymi Funduszami Emerytalnymi w moim czarnym pudełku i gazetkach. Oto pewna zażywna jejmość „rozdziawa-kaczerpicha” szczerzy się  w nieszczerym uśmiechu, radując się niemal z wyniku osiągniętego przez swój fundusz: minus ileś tam procent w skali roku. I mówi ona z drwiącym nieco uśmiechem, że fundusz zapakował się w „misie” i że ogólnie jest wyeksponowany, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo jej fundusz właśnie to przewidział i inwestuje długoterminowo, a efekt stycznia, wkomponowany w aktualne wyniki, znacząco poprawia ogólną wartość portfela.

A mi, kiedy słyszę termin „inwestuj długoterminowo”, scyzoryk się w kieszeni otwiera. Cóż to znaczy? Że mam zaakceptować te minus pięć procent plus prowizja i plus inflacja, to razem wychodzi na to, że jestem w ciągu jednego roku realnie kilkanaście procent w plecy? Toż ślepy i głuchy przecież zainwestowałby lepiej te pieniądze. Oczywiście, mili państwo zarządzający będą się tłumaczyli, że ustawy, że limity, że zakazy, że to czy tamto, że bessa, że nic na to nie poradzą, choć mogliby, bo są zdolni, ale taka ich już nędzna rola w tym miernym filmiku: ja nic nie wiem, ja tu tylko sprzątam, będą mówić i wyszczerzać będą swoje sztuczne zęby w kolorze perłowej bieli w kierunku kamery, a potakiwacze z telewizji nie zdobędą się nie tylko na Rejtanowskie darcie szat, ale nawet nie zadadzą pytania: why?
 
Postawmy się teraz w pozycji tak zwanego przeciętnego Kowalskiego. Powie on: wydymali mnie za pieniądze (prowizję) i będzie miał rację. Po pierwsze, ma mniej, niż wpłacił. Po drugie, stracił uprzednio zaufanie do państwa, bo państwo mu emeryturę może i wypłaci, ale małą, ale teraz po takich szczerych uśmiechach straci jeszcze zaufanie do prywatnych instytucji, a państwo z tego skwapliwie skorzysta (wkrótce), zabierając OFE kasę, by zasypać nią przeróżne dziury i dziurki. Państwo nie odda tych pieniędzy obywatelom, bo będzie się bało. Państwo tak samo wyszczerzy zęby, poklepie Kowalskiego po plecach i powie: ech, wy Kowalski, wicie-rozumicie, głupi jesteście, wylądujecie na śmietniku Kowalski, a my wam nie damy z głodu zdechnąć, ale nic ponad to (notabene: leki? to nie my, to złe koncerny i nieludzcy farmaceuci - przyp. mój). A my tego Rapackiego z rządu wyrzucimy, bo traf chciał, że akurat czyścimy instytucje z ludzi Grześka, no to jak, pomożecie, Kowalski?
 
Pytam: dlaczego zarządzający OFE nie pójdą tropem Konrada Łapińskiego z Total FIZ, na własny rachunek i nie dadzą sobie szansy na wykręcenie trzydziestu ośmiu procent w skali roku na spadającym rynku? Odpowiadam: bo nie daliby rady, bo są wygodnymi przeciętniakami zwalającymi wszystko na zły system. Oczywiście, że to demagogia, w czystej formie i jestem tego świadomy, ale to celowe przerysowanie pozwoli mi rzucić nieco światła na szerszy problem. Ten problem to złe prawo i wyniki inwestycyjne przeróżnych instytucji, poniekąd zaufania społecznego: funduszy emerytalnych, inwestycyjnych i innych – słabe w bessie i mizerne w hossie, ogólnie rzecz biorąc: do dupy. Przy takim prawie zmiana funduszu nic nie da, bo cóż to za radość zmienić minus pięć na minus cztery, tu potrzeba reformy całego systemu, bo bylejakość i tumiwisizm nas w końcu zabije, choć władzę, jak się zdaje, całkiem poważnie wzmacnia. Biurowa klasa średnia boi się zmian, bo zawsze na podorędziu znajdzie się jakiś wygodny straszak, a to Węgry, a to wojna światowa, a to zdechły kot polityka opozycji. Uśmiechnięta pani z OFE tracącego siedem procent to zatem tylko tego wszystkiego dopełnienie, swoiste porte parole państwa, gdzie wszystko układa się w jeden wyraźny, doskonały kształt: ogród koncentracyjny.

By po raz kolejny, tytułem puenty, posłużyć się słowami polskiego poety, rocznik 1961 (nie mój).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...